Pamiętnik zdrowego człowieka
Kategorie: Wszystkie | Notatki prywatne | do przerobienia | nie publikowac | ukryte
RSS

Notatki prywatne

wtorek, 30 listopada 2010
poniedziałek, 22 listopada 2010
niedziela, 21 listopada 2010
środa, 29 września 2010

Mój początek był brutalny. Zostałam porwana przez anonimowego porywacza i zamknięta w starej, drewnianej chacie. Mój ojciec zaczął mnie szukać i kiedy mnie tam znalazł nie ucieszył się z mojego widoku, a zaczął demolować cały dom ze złości, że ktoś mnie porwał. Kiedy tak patrzyłam jak rozbija lustra spytałam czy też mogę, na co on odpowiedział:

- A rób co chcesz !
.

Wzięłam do ręki młotek i uderzyłam w kolano kolegę, z którym tato przyszedł.

- Co ty robisz ?! Zobacz ile krwi.
.

Ów kolega leżał teraz na stole operacyjnym, który dziwnym zbiegiem okoliczności znalazł się w chacie. Miał rozciętą szyję i wyrwany kręgosłup. Chociaż pozostały mu jedynie nogi i głowa to nadal artykułował z nienagannym akcentem.

- Nie rozumiesz ? To ty i twoja żona jesteście zabójcami !
.

- powiedział najlepszy przyjaciel mojego ojca, pocięty na kawałki. Ojciec zrozumiał kim tak naprawdę jest. Na miejsce przyjechała policja.

Znalazłam się teraz w moim prawdziwym domu. Wspólnie z demoniczną czarownicą pakowałyśmy resztki ludzkiego ciała do foliowych torebek. Moja spostrzegawczość dała o sobie znać i słusznie zauważyłam, że zostawiamy po sobie krople krwi.

- Musimy się ich pozbyć ciociu. Znajdą nas po nich.
- Dobrze, weź Kreta i to wyczyść. On rozkłada wszystko na pierwiastki.

Nabrałam na palce pasty i zaczęłam szorować nią krew, która przybrała teraz różowych barw. Strasznie od tego zgłodniałam, więc chwyciłam za parówkę.

- Fuj, kwaśna. Leżała za blisko Kreta..
.

Ciotka zauważyła, że jesteśmy śledzeni i kazała mi wypatrywać przez okno czy nie widać czarodziejów.

- Schowaj się ciociu ! A nie, spokojnie, to tylko dresy.
- Co to są dresy ?
- No, eee, debile.

Po chwili dostrzegłam czarodziei i ściągnęłam ciotkę na podłogę.

- Musimy uciekać !
- krzyknęła, po czym szarpnęła mną w kierunku balkonu
- Ciociu, a kanapki ?!

Biegłyśmy w kierunku balkonu i wyskoczyłyśmy na zewnątrz. Nasz przyjaciel, czarnoksiężnik, onanizował się siedząc na dziecięcej ślizgawce.

- Musimy znaleźć naszego łabędzia !
- powiedziała ciotka do swego przyjaciela.

Nie miałam cierpliwości i nie czekałam, aż czarnoksiężnik skończy. Biegłam przed siebie i sama natrafiłam na łabędzia. Chwyciłam go za nogi, dosiadłam go i wzbiłam się dzięki niemu w powietrze. Szybowanie na łabędziu między blokowiskami miałam we krwi. Podejrzewam, że już od kołyski miałam do czynienia z ptaszkami. Mimo tego moc czarodziejów była silniejsza i ściągnęli mnie na ziemię.

Znalazłam się ponownie w swoim domu, lecz byłam teraz starsza i należałam do kręgu czarodziejów. Miałam przejść inicjację, jednak zanim to nastąpiło musiałam przejść test. Czarodziej miał wyskoczyć przez balkon ścigany przez swego kolegę, a ja miałam w locie zasłonić jego ciało używając lewitacji. Wyskoczyłam za nim przez balkon i zaryłam twarzą w śnieg.

- Więc mamy zimę..
.

- pomyślałam. Wszyscy zgromadzeni mieli wielki ubaw ze mnie, powtarzając między sobą, że nikomu nie wychodzi pierwszy skok. Blondyn, który przytrzymywał blok aby się nie zawalił chichotał i powiedział, że najwyraźniej nie jestem tą wybranką na którą czekają.

- Ciekawe za którym razem tobie wyszedł skok ?
- Nie mówimy o mnie.

- odpyskował. Czarodzieje trenerzy krzyknęli żeby podstawić nam drabinę, gdyż musimy jakoś wejść z powrotem. Dostrzegłam wtedy zasypaną śniegiem drabinę przy innym balkonie. Wykorzystując lewitację przeskakiwałam od jednego balkonu do drugiego, aż znalazłam się na tym od mojego mieszkania. Ten wyczyn wzburzył falę braw. Wtedy też zauważyłam, że puściło mi oczko.

Po teście przenieśliśmy się do osady czarodziejów. Mieliśmy uczcić moją inicjację dlatego czarodziej mistrz kazał każdemu wziąć dzban i nabrać piwa z beczki. Zauważyłam wtedy moją przyjaciółkę przemienioną w psa Lessie, która łasiła się o piwo i kiełbasę. Przedstawiony nam wtedy został nowo dołączony czarodziej, który przemieniony w wilka zabił najwięcej demonów z nasz wszystkich. Spodobała mu się moja koleżanka, bo miała wtedy cieczkę. Udałam się w stronę drewnianej altanki oświetlonej lampami naftowymi, gdzie przesiadywała stara czarodziejka mistrzyni. Spytałam ją czy potrzebujemy naszych amuletów do magii.

- Tak, bez nich nic nie potrafimy.
- Oj tam, nie ograniczajmy tak wyobraźni.

- powiedziałam zdejmując amulet i kładąc go koło mistrzyni. Próbowałam unieść się ponad ziemię albo chociaż pochylić się jak Michael Jackson jednak nic mi nie wychodziło.

- Cóż, może to i racja.
.

- powiedziałam podnosząc mój amulet, który zaplątał się z amuletem mistrzyni.

- Nie dotykaj mojego amuletu !
- Chwilka, tylko je rozplącze.
- Powiedziałam nie dotykaj !!

- krzyknęła mistrzyni. Nagle świat zaczął się przekrzywiać, obraz zaczął się ściemniać, a mistrzyni coraz bardziej przypominała demona. W stresie zupełnie nie wychodziło mi rozplątywanie, więc krzyknęłam po pomoc. Nikt jednak nie był wstanie się poruszyć, każdy patrzył z otępieniem na mistrzynią. Ta w końcu nie wytrzymała, rzuciła się na amulety i przegryzła łańcuszki, na których wisiały. Przytuliła swój amulet mrucząc pod nosem:

- Mój amulet to świętość...
.

Zostałam zabrana do kotłowni. Znajdowały się w niej skrzaty oraz moja przewodniczka. Największy skrzat zaczął mówić po angielsku, że tworzą tutaj napisy do anime. Dostrzegłam skrawki papieru podświetlane świecą, na której były przetłumaczone angielskie teksty. To był prehistoryczny projektor. Kiedy skrzat skończył mówić moja przewodniczka chciała zacząć tłumaczyć ale ja przerwałam jej, mówiąc, że zrozumiałam wszystko oprócz ostatniego słówka. Rozległ się głos podziwu. Nagle do kotłowni wbiegł krasnal mówiąc, że łódź już przybyła.

Wysiadła z niej rudowłosa czarowniczka, która przyjeżdżała tutaj ponieważ można tu było znaleźć normalnych chłopaków, a ona takich lubiła. Kiedy mnie dostrzegła zaczęła się głośno śmiać i szyderczym głosem powiedziała:

- Oh Bella, Bella.
.

Obudziłem się i pomyślałem tylko jedno. Nie czytam więcej Zmierzchu przed snem.


piątek, 27 sierpnia 2010

Marzyło ci się inne życie ? Porzucenie monotonii, pozbawienie się wszelkich problemów i powodów do narzekań. Przeżycie czegoś nowego.

Być sławnym ? Poczuć smak pieniądza i obracać się w elitarnym towarzystwie. Być wśród lepszej części społeczeństwa, być rozpoznawanym. Porzucić prywatne życie na rzecz posmakowania życia gwiazdy. Rozkoszować się lepszymi czasami kiedy jedynym zmartwieniem będą słupki popularności i procenty na kontach.

Chcesz tego ? Poświęcić stare dla nowego ? Gorsze dla lepszego ? Zaryzykować i za wszelką cenę przekonać się co to znaczy inaczej ? Jasne, że tak. Przecież każdy by chciał mieć swoje 5 minut. Ważne by nie stracić dla nich głowy.


PRZECZYTAJ INNE: REFLEKSJE

Mam farta. Przez całe życie. Jestem złotym dzieckiem szczęścia. Ciągle czeka na mnie jakiś wypadek, który ma za zadanie umocnić moje życiowe szczęście. Gdybym każdy spisywał pewnie miałbym już dzieło pokroju Biblii. Tam też były cuda nie ?

Nie potrafię być zawsze punktualny. No dobra rzadko kiedy jestem. Nie do końca opanowałem sztukę organizacji czasu i oszacowania ile zajmie mi dana czynność. Pójście do sklepu i przyniesienie 10 kg zakupów zajmuje ok. 15 minut. Mecz w PESa zajmuje 25 min. A targanie zakupów jest cięższe i wydawało mi się, że dłuższe, dlatego nie robię zakupów tylko gram. Tak samo jest ze wszystkim, nie mam poczucia czasu i rzeczywistości. W sobotę sprawdzam rozkład na piątek. Idę z przekonaniem, że mam bilet nie widząc, że jest skasowany. I był na drugą strefę.

Po meczu PESa poszedłem wykorzystać przez 15 minut swoje wszystkie bicepsy, tricepsy i inne sepsy. Celowo poszedłem później żeby uniknąć kolejek. Mam farta wiesz ? Już przy wejściu widziałem, że jest czynna tylko jedna kasa, do której kolejka jest dłuższa niż lista moich wad. Zrobiłem szybką rundkę po sklepie wyznaczoną trasą unikając patrzenia na promocje i zastanawiania się czy ogórki konserwowe będą potrzebne w domu. Chwila moment i miałem pełny koszyk, więc byłem gotowy na wrzucenie trójki, puszczenie sprzęgła i wejście na ręcznym w kolejkę. W połowie mojej drogi pani sprzątająca zlitowała się nad swoją koleżanką, odłożyła miotełkę i zasiadła na drugiej kasie.

- Zapraszam tu do piątki !
.

Obok mnie stał facet z trzema piwami Vip i paczką bułek - zestaw niedzielny. Również ruszył w kierunku kasy i zaczęła się bitwa umysłów i refleksu. Kto kogo ma puścić ? Czy ruszyć pierwszym ? Zagrodzić mu drogę wózkiem ? Przepuścić regułą prawej ręki ? Złamać mu nogę arbuzem i być pierwszym ? Kto zabił Kennedy'iego ? W końcu wjechałem pierwszy, ale powiedziałem żeby to on poszedł.

- Nie no, proszę.
- Pan na mniej, pan pierwszy.
- O dziękuję.

Trzeba czasami zrobić dobry uczynek. Kasjerka obsłużyła go w mig, zatrzymała grosika, wytarła usta i przeszła do mnie. Wypakowałem zakupy, przeszedłem na koniec kasy i... nic. Zacięła się taśma i zakupy nie chciały podjechać. Kasjerka zaczęła klikać w jakieś urządzenie pod kasą, na którym co raz zapalały się jakieś diody, które nie dawały nic prócz techno stroboskopu.

- Heh, akurat musiało się zepsuć <pstryk pstryk>
.

Nie akurat tylko, bo ja tu jestem. Klikała, klikała, resetowała a zakupy jak niepoliczone tak niepoliczone. Mówiłem już, że mam coś zawsze podobnego, kiedy trafiam na nowo otworzoną lub wolną kasę ? To przelew w bankomacie nie idzie, to klient drobnych nie może znaleźć, to papier na paragony się skończył i trzeba koniecznie przy mnie wymienić. Mam farta wiesz ?

- To może ja podsunę Pani te zakupy to będzie szybciej ?
- Nie, nie trzeba, zaraz podziała <klik klik>

Moja lista wad już dawno wymieniła się na nową, a ja stoję tu dalej z moimi soczkami po trzy złote za sztukę.

- Jollkkaaa ! Chodź, bo mi się tu taśma zepsuła.
.

No i zaczęło się zebranie. Najpierw czekałem aż taśma podziała, teraz muszę czekać na inżyniera Jolkę. Przyszła pani Jola, która zaczęła klikać tak samo jak jej poprzedniczka.

- No, ale ja już tak klikałam właśnie i też się te niebieskie paliło.
- Hmmm to ja nie wiem czemu to się zepsuło.

Sorry, ja też nie znam mechaniki tego skomplikowanego urządzenia, ale na liczydle by mnie szybciej obsłużyli. Do kasy naiwniaków, w której przodowałem dołączali kolejni frajerzy, których kusił widok tylko jednego już obsługiwanego klienta. W końcu masowe klikanie w niebieskie pomogło, po czym inżynier Jolka przeanalizowała usterkę i stwierdziła:

- O ! Chyba się nie zepsuło, bo już działa.
.

Jej podopieczna najwyraźniej szybko się ucząc również dokonała analizy problemu na miarę swoich możliwości proponując rozwiązanie:

- To trzeba tak klikać i klikać i klikać aż zadziała haha !
.

Zaledwie 5 minut stania przy pustej kolejce. Jeszcze nie było tak źle. Mam farta, przecież wiesz.


PRZECZYTAJ INNE: OPOWIADANIA

sobota, 10 lipca 2010

Nawet ci rodzaju "męskiego"

Jadę o 2 w nocy. Nikt w czwartek nie będzie jeździł o tej porze. Nie ma mowy o tłoku.
.

Teraz wiem jak bardzo się myliłem. Kiedy czekałem na spóźniający się o 15 minut pociąg w kierunku Katowic miałem nadzieje na kilkugodzinną drzemkę w pustym przedziale. Ludzie grzecznie już śpią w swoich ciepłych domach. No i spać spali tylko nie w domach a jedno na drugim.

Ten pociąg nie był przeładowany. On był zajebany po brzegi. Spoceni ludzie przyciśnięci do siebie jak parówki pakowane po 8 sztuk na przedział. Bez skrupułów śmierdzący i puszczający ciche bąki z nadzieją, że wibracje wygłuszą spasłe tyłki pasażerów. Takich tłoków zamkniętych w ciasnym pomieszczeniu nie widziałem od czasów Oświęcimia. Oblepieni brudem arystokraci z wygrzanym miejscem w przedziale zezwolili sobie na wyśmiewanie proletariatu, w tym przypadku nocujących na korytarzu. Kiedy kulawa pani potykając się o walizki upadła na podłogę wybuchła salwa śmiechu. Śmiali się wszyscy oprócz mnie. Ja robiłem zdjęcia.

Zajęte przedziały zmusiły mnie do nocowania na korytarzu. I częstego budzenia się, kiedy niewierni pasażerowie musieli przejść przez całą długość korytarza szukając wolnego miejsca, mimo iż rozbite tam namioty biwakowe oznaczały, że takich miejsc już nie ma. Rozbawiła mnie filozofia PKP - zamiast podłączyć więcej wagonów wymyślili krzesełka wbudowane w ścianę korytarza. Kurwa, uśmiałem się do rozpuku.

Miałem tak jechać 2 godziny, aż do przesiadki. 2 godziny na walizkach to nic strasznego tylko.. czy na nią zdążę ?

Okazuje się, że w chuj mało. Opóźniony pociąg nie palił się do bycia punktualnym. Przejeżdżając przez jeden z peronów tablica informacyjna pokazywała 10 minutowe spóźnienie. Jednak według mojego rozkładu mieliśmy opóźnienie opóźnienia - 25 minut. W ciągu jednej minuty miałem wybiec, odnaleźć mój peron i wbiec do nowego pociągu. Może sobie gazetę kupię żeby się po drodze nie zanudzić ?
Niedaleko mojego noclegu był przedział zarezerwowany dla kontrolerów. Mimo zapchanego pociągu przepisy były przepisami, a oni musieli mieć tam przewiew, dlatego siedzieli tylko we dwoje. Ona miała królicze zęby i wyglądała na SSmankę, której zaspokoić nie chciałaby nawet marchewka, a on był rudy. Natura nie była dla nich łaskawa. Dlatego za osłoną munduru postanowili leczyć swoje kompleksy.

- Będziemy na czas w Katowicach ?
- Skąd mam to wiedzieć ?

Samica nie była mi przyjazna, więc dosypałem jej tylko piasku do kuwety i postanowiłem dogadać się z samcem.

- Ile mamy opóźnienia ?
- 30 minut.
- Mam przesiadkę w Katowicach o 5.
- No to co ja poradzę ?
- A wiadomo, z którego peronu odjeżdża mój pociąg ?
- Nie.

Okazali się niezwykle pomocni. Dzięki nim odkryłem, że mam nerwicę. W końcu pod groźbami zdjęcia przeze mnie butów kontroler pękł i zaczął obliczać na kalkulatorze godzinę naszego przyjazdu. Po kilkunastu nieudanych obliczeniach na macierzach i pierwiastkach wyszło mu, że przyjedziemy do Katowic na 4:41. Uspokoiłem się, bo 19 minut starczy mi w zupełności.

O 4:41 wkurwiłem się ponownie, ponieważ byliśmy dopiero w połowie drogi. Kontroler przestał wychodzić z przedziału na obchód, oddając mocz do czapki i kał do ust współpracownicy. Ja natomiast zasięgnąłem po pomocną dłoń, aby przynajmniej wiedzieć, z którego peronu odjeżdżam. Pomocna dłoń przekazała mi komunikat z infolinii:

- "Twój pociąg odjedzie punktualnie o 5. Nie wiedzą, z którego peronu, bo trzeba być na dworcu i nasłuchiwać spikera. "

Według PKP powinienem mieć własny system nasłuchujący dworce, bo komunikacja infolinii ze spikerem dworcowym jest jeszcze zbyt zaawansowaną i kosztowną techniką.

O 4:50 wjechaliśmy do Katowic i byłbym szczęśliwy gdybyśmy nie... zwolnili. 100 metrów przed dworcem pociąg zwolnił do tak niskiej prędkości, że babcie na chodzikach nabrały wiary w siebie. Najwyraźniej pociąg jechał z TAK zawrotną prędkością, że przy samym dworcu mógł się rozsypać lub za zakrętem czaiła się drogówka i konduktor straciłby prawko za pasażerów bez pasów. Lub po prostu robili mi na złość. O 4:55 robiłem już w majtki i właśnie wtedy pojawiła się nadzieja - smród dworca. Kiedy tylko pociąg stanął wybiegłem z niego piorunem, przewracając przy tym 2 zakonnice i kota. Miałem tylko 5 minut i zero pomysłu na to gdzie stoi mój pociąg. Miałem do wyboru biegnięcie na hol główny do tablicy informacyjnej lub sprawdzenie rozkładu na plakatach sprzed 2 wojny światowej i modlitwę o to, by takie pociągi jeszcze jeździły. Wybrałem opcję drugą, bo plakaty były bliżej. Podbiegłem do jednego z nich, gdzie okazało się, że mój pociąg stoi peron obok i właściwie to już odjeżdża. Mokry jak szczur wbiegłem na peron i wrzuciłem walizki do pierwszego lepszego wagonu. Wtedy pojawiła się kolejna SSmanka w pomarańczowym sweterku.

- Pan jest z obozu ?
- Ja wohl ! Tylko nie gazujcie.
- Dwa wagony są zarezerwowane dla Tour de pologne. Nie ma tu czego szukać.

Pociąg miał już odjeżdżać a ja musiałem przebiec dwa wagony sypialne i jeden restauracyjny tylko dlatego, że mam nie żydowskie rysy twarzy. W końcu wskoczyłem do wagonu, którym pozwolono mi jechać.

- Wolne tutaj ?
- Tak, tylko tutaj dla palących.
- Ja już się palę.

W końcu mogłem w spokoju usiąść, odsapnąć i zastanowić się. Dokąd ci ludzie jeżdżą ? O każdej porze dnia i nocy pociągi pełne są dojrzałych ludzi. Czy taki dorosły człowiek nie ma nic do roboty prócz szlajania się po kraju pociągiem ? Przecież wiek zobowiązuje. I wtedy nadeszła kontrola biletów. Wszyscy jechali na legitymacji szkolnej.


PRZECZYTAJ INNE: PKP

czwartek, 08 lipca 2010

Wiele razy w życiu spotyka nas zawód. Niepowodzenia skłaniają nas do tego, że nie warto się o nic starać.

Kiedy wybieramy się w pierwszą służbową delegację jest nam ciężko. Chcemy jak najlepiej wypaść, poznać jak najwięcej wpływowych ludzi, zdobyć jak najwięcej doświadczenia i najlepiej żeby ktoś nam laskę jeszcze zrobił. Pakujemy się sumiennie, ćwiczymy przemowy i szczere uśmiechy przed lustrem, obmyślamy terminarzyk lizania tyłków ważnym osobistościom i.. to wszystko na nic. Po przyjeździe okazuje się, że wszyscy zalali się w trupa i jedyne co zostało z planów to lizanie tyłka szefa, jeśli ktoś go jeszcze nie obrzygał.
Podróże służbowe - trudno się do nich przygotować, nie warto na nie czekać.

Twój pierwszy egzamin w życiu. Tak bardzo starałeś się o dobre stopnie w szkole średniej, by dostać się na wymarzone studia. Przyrzekłeś sobie, że kiedy to się stanie będziesz chodzić na wszystkie wykłady, a twoje notatki będą najdokładniejsze z całej uczelni. Podczas semestru przekonałeś się, że częściej widać Cię na dyskotece czy w monopolowym, a twe notatki ograniczały się do najdokładniejszych obliczeń jak z garści groszy uzyskać cztery piwa. W czasie pierwszej sesji nie chcesz już studiować. Prawdę mówiąc nie chcesz już żyć. Skoro nie możesz już spać postanawiasz się uczyć. Masz przed sobą swój pierwszy egzamin i nauczysz się na niego najlepiej z całej uczelni. Poświęcasz na naukę dwa bite tygodnie, uczysz się z małymi przerwami na kawę, energy drinka i seks dopóki nie zmęczy Ci się ręka. Potrafisz recytować wersety książek, znasz myśli wykładowcy na pamięć tylko po to, by na egzaminie uświadomić sobie, że nie ma tu nic z czego się uczyłeś, a wykładowca zalicza tym, którym grawitacja ławki najlepiej przyciągnie podrzuconą do góry pracę.
Egzaminy na studiach - trudno je zdać, nie warto na nie czekać.

W końcu się zakochujesz. A przynajmniej tak Ci się wydaje. Poświęcasz jej cały swój czas, dogadujecie się znakomicie, wspólne tematy odbierają wam kolejne godziny z życia. Serce i głowa dysputują czy to na pewno ta. Ty z chęcią byś przed nią uklęknął, lecz nie jesteś pewien czy jest gotowa na taką pozycję. W końcu hormony nie wytrzymują, spalone papierosy robią renowację twoich płuc, promile we krwi ostrzegają, że transportujesz cały Polmos i decydujesz się jej to powiedzieć:

"Kocham Cię"

I wtedy wszystkie trudy znikają. Nie były dla Ciebie trudne delikatne flirty, przeradzające w gorące romanse. Nie były dla Ciebie trudne podróże do niej, poznawanie jej charakteru, testowanie prawdziwości jej uczuć. Nie były trudne wszystkie sprzeczki, żarty, przekomarzania umacniające waszą więź.
Bo najtrudniejsze jest teraz wyczekiwanie. Wyczekiwanie na trzy słowa, które jeszcze bardziej odmienią twój nowy świat, o który tak bardzo walczyłeś.

"Ja Ciebie też"

I na to warto jest poczekać.


PRZECZYTAJ INNE: REFLEKSJE

środa, 07 lipca 2010

Byłem w szkole, pośród dawnych kumpli i kumpel z grupy. Wszyscy biegali po korytarzach jakby byli zestresowani. Jakby mieli strach w oczach i kisiel w gaciach. Nic dziwnego, w końcu ten budynek to hala Berlin, a oni nie wyglądali mi na Aryjczyków. Idąc przed siebie słyszałem różne głosy:

"ty, to naprawdę było łatwe, spokojnie idź"
"boże, tyle cyferek naraz zobaczyłem, nie dałem rady zaliczyć"
"jest dobrze, do przodu"
"gdzie toaleta ? muszę kupę"


Z mieszanymi uczuciami wszedłem do sali. Tłum rozwścieczonych studentów rzucił się do biurka, gdzie wykładowca otoczony tysiącami zielonych książeczek dawał wpisy. Pośród nich leżała jedna żółta, z dopiskiem poziom studiów - trudny, na której ktoś namalował uśmiechniętą buźkę i odłożył na sam koniec. Wiedziałem, że to z pewnością nie mój indeks, lecz nie był nim też żaden inny.

- Gdzie mój indeks ?
- Ty nie zaliczyłeś.
- Jak mogłem nie zaliczyć skoro jest przerwa i nie było jeszcze zajęć ?
- Poradziliśmy sobie bez Ciebie.

Przerwa, która była jednocześnie pułapką zastawioną przez SSmańskiego wykładowcę odebrała mi zaliczenie z informatyki. Zaliczenie, które polegało na zalogowaniu się na naszą-klasę. Nie poradziło sobie z nim pół mojej grupy.
Zastanawia mnie tylko jedno.
Dlaczego to mi się śni, skoro ze studiów wyjebali mnie 2 lata temu ?


PRZECZYTAJ INNE: SNY

niedziela, 30 maja 2010

Jechaliśmy nie wiem gdzie. Ku zachodowi słońca. Tam było za gorąco, więc wróciliśmy. Powrotna podróż i niezapowiedziany postój - na loda.
Minęliśmy sklep u Janka, Władka czy innej Żabki. Niewielki sklepik wielobranżowy, gdzie i pampersy i robaki na ryby kupisz.
Sklep nie korzystał z zabiegów marketingowych, nie posiadał dogodnej lokalizacji, ale miał w swym asortymencie coś, co zapewniało mu niesamowity obrót - piwo.
Nieopodal było jezioro, gdzie zorganizowano festyn z okazji święta grzyba lub z jakiejkolwiek innej okazji wymagającej urządzenie festynu. Nie wiedziałem, że skromny lasek przed zapyziałym jeziorkiem może pomieścić tyle samochodów.
Zjechali się jak na koncert Dody lub zlot fanatyków tuningowanych polonezów.
W skrócie ledwo zaparkowaliśmy.

Zjechały się całe pokolenia. Od maluchów robiących w pieluchę po staruchów robiących w pieluchę. Był to okres letni, więc wszyscy byli w bikini.
Dodatkowo kusiła nas biesiadna muzyka i zapach grilla. Zasmucił nas jednak regulamin imprezy:
" Nie wolno wnosić broni. "
Kurczę.

W Polsce zawsze jest tak samo. Nie ważne co to za impreza, na ile osób, w jaką pogodę, w garniturach czy w kąpielówkach, ślub czy pogrzeb.
Złota zasada jest taka sama - nic na sucho.
Widok matki wiozącej wódkę w wózeczku dziecięcym oraz ojca asekurującego słoik z ogórkami nie powinien mnie zdziwić. Po prostu nie nadążam za trendami.
Stężenie procentowe w powietrzu było większe od zasolenia w jeziorku obok, w czym pomagały stragany z alkoholem, bardziej oblegane od tych z watą cukrową i pamiątkami. Pełno bordowych ludzi, bynajmniej od słońca. Wspólnie cieszą się atmosferą, ciepło wyrażają uczucia wobec siebie, co nieliczni rzygają w krzakach i przewracają się o własne nogi. Sielanka.

Jak z atrakcjami ? Licznie. Poza kącikiem kulinarnym w postaci piwa i karkówki, przewidziano rozrywki dla ducha i ciała. W celach kulturalnych ustawiono wielką scenę, na której stał pan nieoszczędzający na jedzeniu, a pod sceną naga zgraja fanów. Czuć było silną więź między słuchaczem a artystą, wewnętrzne porozumienie, które ciężko opisać słowami.

- Dajesz, kurwa dajesz ziomek!
.

Wykonawca utworu dawał jak najbardziej tylko mógł. W swoim repertuarze miał chwytające za serce refleksyjne pieśni:
" (...) wszystkie krokodylki mają małe ryjki , la la la ".
Publika była zachwycona refrenem 'la la la'. Szaleństwo.

Dla spragnionych sportu i nutki adrenaliny najlepsze są skoki bungee, których tam na szczęście nie było. Była za to kula do Zorbingu.
Stała jako eksponat na płaskim terenie.

Nikt się nie bił, nikt się nie ruchał, nie było co tam robić. Z wyjazdem był jeszcze większy problem niż z wjazdem, dlatego ucierpiało kilka emerytek oraz okoliczna fauna i flora. No i pobrudziliśmy zderzak. Po przejechaniu 50 metrów stwierdziliśmy, że trzeba się napić. Wszyscy jesteśmy polakami.

Zatrzymaliśmy się przy feralnym sklepiku, w którym tkwi sedno opowieści. Zostałem w aucie pogapić się na ludzi i uniknąć kolejek w sklepie. Owe kolejki stanowiłyby dobry materiał na badania socjologiczne. Obok nas zaparkowało czarne BMW z 4 łysymi pasażerami, a w tle przygrywała im kompozycja Dj Tiesto. Przyjechali po prowiant. Najwyraźniej nie był to pierwszy sklep który odwiedzili, dlatego posłali gońca, by na zaś sprawdził ceny produktów i zaoszczędził czas reszty szoferów. Jak go posłali tak też i poszedł, jak poszedł tak i przyniósł dobrą nowinę:

- Kurwa, Żubr po 2 złote !
.

Ta radosna wiadomość poderwała ich z siedzeń i wszyscy w mgnieniu oka zniknęli za drzwiami wejściowymi sklepu.

Nadszedł czas na rewię mody płci pięknej. Jeżeli jesteś niepełnoletnim czytelnikiem schowaj legitymację szkolną i zaopatrz się w dużą ilość chusteczek higienicznych. Pierwszy wniosek, jaki nasunął mi się po ujrzeniu tegorocznych plażowiczek brzmiał mniej więcej: "o kurwa". Do tej pory nie wiem czy to był strój kąpielowy czy sznurek do wiązania wędliny, ale wiem jedno. Kolejka w sklepie na widok nie narzekała.
2 dziewczyny, w przewiewnych strojach, wilgotne prosto z jeziora szły w kierunku sklepu. Szczupłe, opalone, blond włosy z porobionymi pasemkami i diamentowymi kolczykami w pępkach oznaczające 'tu niżej jest ich cała kopalnia'. Kiedy weszły na teren sklepu rozbiły obóz campingowy z minimum 10 namiotami. Powstało nawet małe jeziorko ze śliny.
W tym czasie łysi panowie wyszli z prowiantem składającym się z dwóch skrzynek piwa, po czym zobaczyli dwie niewiasty. Wydali z siebie okrzyki godowe, gwiżdżąc i warcząc, a ci bardziej elokwentni użyli perswazji, by namówić dziewczyny na wspólne spędzenie popołudnia.

- Ej laski chodźcie do nas ! Mamy piwo !
.

Nie wiem czy to było hasło do ich serc czy zachwyciły się opalonymi i wyćwiczonymi ciałami przyozdobionymi tatuażami z Laysów. W każdym razie powiedziały, że zaraz przyjdą tylko skoczą po fajki. Mi wystarczyło tej familiady, dlatego włożyłem słuchawki i starałem wmawiać sobie, że każdy ma swoje życie i nic mi do tego. Zastanawiałem się czy ta kolejka jest aż tak duża, że napisałem całą notkę a moich kompanów nadal nie ma.

- Masz Bolero.
.

Nareszcie mój zbawco. Wszystko było na drodze do normalności.
Chłopcy mieli piwo i dziewczynki, a ja powoli przekonywałem się, że byłbym w stanie polubić plażowiczów, jeżeli tylko nie chlapaliby piwem w rytmie techno, nie wciągaliby mnie w dyskusje o felgach i dupach z dyskoteki, a horyzont słońca nie przysłaniałyby odkryte cycki. W stanie idealnej ciszy mógłbym tam się dopasować. I właśnie w trakcie tych rozmyślań mój horyzont został przysłonięty przez odkryte cycki blondynki z fajkami.

- Ej siema, masz może ognia ?
- Nie, mam loda.

Kurwa. Nigdy nie będę tam pasował.


PRZECZYTAJ INNE: OPOWIADANIA

KONTAKT: NATEMATY@GMAIL.COM

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5